- To i co z tego - zapytali inni
samoloty |niedzwiedz |pies
„— To i co z tego — zapytali inni i spojrzeli na niego z wściekłością. ^
— Powiedziałem tak tylko. Jest więc współ
i! ni interesu.
— Tak. Ale co z tego — zapytali znowu. — Gdy «ttiry ojciec umrze, zostanie właścicielem wszystkich jego blanków! — Nic mogli zrozumieć, co to miało wspólnego z daną sprawą.
Lecz ten, który w ten sposób omijał towarzystwo szyderców, miał może swój własny cel, swe własne myśli, Bóg wie. Przebywał tu także młody człowiek, grający na fortepianie, Eyde, z imienia chrzestnego Selmer, a więc Selmer Eyde, wcale przystojny chłopak, choć o sinawej cerze i delikatny, nieco słabowity z wyglądu. Kiedy siedział przy fortepianie i widać było tylko jego szczupłe plecy, czynił wrażenie chorowitego. Ale — grając — zamieniał się w żar i płomień i był niezbędnym człowiekiem dla pacjentów, gdy wieczorami zbierali się w salonie i pragnęli posłuchać muzyki. Pani Rubenowa prosiła o Czajkowskiego, i on grał Czajkowskiego, panna dEspard prosiła o Sibeliusa, i on grał Sibeliusa. Był do usług wszystkich i w zamian mieszkał napół darmo w sanatorjum.
Owa panna dEspard przyjechała niedawno, i miała obecnie wakacje, nie gościła tu jako pacjentka, lecz była żywą i wesołą damą z dołeczkami na policzkach, i o piwnych oczach. Czego tu ona chciała Opowiadano, że rodzina jej znała lepsze czasy, lecz obecnie utraciła poważanie. Prawdopodobnio tak się też rzecz miała. Pewnego pięknego dnia jakiś przybysz ukazał sia.,;g^ewne w tym kraju, w którym wszystko, co obce, uchodzi za bardziej eleganckie, niż swojskie, nie potrzebował więc nic innego, prócz swego podpisu na bilecie wizytowym, aby tutaj czemś zostać. O owym mistycznym panu dEspard wiedziano tylko, że się wygrzebał z biedy dzięki temu i owemu, najczęściej ucząc języka francuskiego, i takim sposobem zdobył wstęp do lepszych domów, urósł w znaczenie, zarabiał dobrze i wzbudzał w każdym respekt, jedynie siłą tego, że był cudzoziemcem. Potem zaręczył się, — wszystko poszłoby dobrze, mógłby się też ożenić, ale przeciw temu założyła protest żona jego w kraju ojczystym, a potem musiał zniknąć. To był ojciec rodu.“(14)
wejscie |odbiory |zycie
„— To i co z tego — zapytali inni i spojrzeli na niego z wściekłością. ^
— Powiedziałem tak tylko. Jest więc współ
i! ni interesu.
— Tak. Ale co z tego — zapytali znowu. — Gdy «ttiry ojciec umrze, zostanie właścicielem wszystkich jego blanków! — Nic mogli zrozumieć, co to miało wspólnego z daną sprawą.
Lecz ten, który w ten sposób omijał towarzystwo szyderców, miał może swój własny cel, swe własne myśli, Bóg wie. Przebywał tu także młody człowiek, grający na fortepianie, Eyde, z imienia chrzestnego Selmer, a więc Selmer Eyde, wcale przystojny chłopak, choć o sinawej cerze i delikatny, nieco słabowity z wyglądu. Kiedy siedział przy fortepianie i widać było tylko jego szczupłe plecy, czynił wrażenie chorowitego. Ale — grając — zamieniał się w żar i płomień i był niezbędnym człowiekiem dla pacjentów, gdy wieczorami zbierali się w salonie i pragnęli posłuchać muzyki. Pani Rubenowa prosiła o Czajkowskiego, i on grał Czajkowskiego, panna dEspard prosiła o Sibeliusa, i on grał Sibeliusa. Był do usług wszystkich i w zamian mieszkał napół darmo w sanatorjum.
Owa panna dEspard przyjechała niedawno, i miała obecnie wakacje, nie gościła tu jako pacjentka, lecz była żywą i wesołą damą z dołeczkami na policzkach, i o piwnych oczach. Czego tu ona chciała Opowiadano, że rodzina jej znała lepsze czasy, lecz obecnie utraciła poważanie. Prawdopodobnio tak się też rzecz miała. Pewnego pięknego dnia jakiś przybysz ukazał sia.,;g^ewne w tym kraju, w którym wszystko, co obce, uchodzi za bardziej eleganckie, niż swojskie, nie potrzebował więc nic innego, prócz swego podpisu na bilecie wizytowym, aby tutaj czemś zostać. O owym mistycznym panu dEspard wiedziano tylko, że się wygrzebał z biedy dzięki temu i owemu, najczęściej ucząc języka francuskiego, i takim sposobem zdobył wstęp do lepszych domów, urósł w znaczenie, zarabiał dobrze i wzbudzał w każdym respekt, jedynie siłą tego, że był cudzoziemcem. Potem zaręczył się, — wszystko poszłoby dobrze, mógłby się też ożenić, ale przeciw temu założyła protest żona jego w kraju ojczystym, a potem musiał zniknąć. To był ojciec rodu.“(14)
wejscie |odbiory |zycie